Wycieczka

Dawno nie byłem poza miastem. Ot, brak czasu, może i chęci, choć trochę czasem brakowało mi czynnego wypoczynku, górskiej ścieżki, świeżego powietrza… Ale to były krótkie chwile refleksji i tak jakoś tkwiłem w domu kolejne miesiące.
Pewnego dnia, gdy spokojnie oglądałem jeden z bardziej idiotycznych seriali telewizyjnych popijając colę, nagle coś huknęło w przedpokoju. Poderwałem się, szklanka wypadła mi z ręki i cola chlupnęła na pilota, a popcorn, leżący dotychczas bezpiecznie w tytce na moich kolanach, wysypał się na podłogę. Wybiegłem z pokoju i zobaczyłem mojego sąsiada, Ryszarda, leżącego na podłodze.
- Rany, zapomniałem, że masz taki wysoki próg - Ryszard zaczął się powoli podnosić. Oparł się o szafkę na buty i złamał ją.
Ryszard to dziwny człowiek. Cichy, zahukany, dość głupi i łatwowierny, ale przecież sąsiad i czasem wpadnie. Niekiedy zapomina zapukać. Co oznacza, że jest zaaferowany. Co oznacza zazwyczaj kłopoty.
Spojrzałem bezradnie na zniszczoną szafkę i przeniosłem wzrok na Rysia. Stał już na nogach i wpatrywał się we mnie intensywnie. Jego wzrok był błędny. Raczej nie przeprosi - pomyślałem. Zza moich pleców dobiegały stłumione odgłosy walki i strzelaniny, a ja robiłem się powoli zdenerwowany, bo w zasadzie lubię wiedzieć kto jest mordercą, skoro już zacznę coś oglądać.
- Jedziemy w góry! - oświadczył Ryszard z głupawym triumfalizmem.
Zdziwiłem się. Brzmiało to zbyt rozsądnie jak na Rysia. Zazwyczaj zwalał mi się na głowę z jakimś chorym pomysłem zainspirowanym przez któreś z pism kobiecych, jakie po kryjomu czytywał. W zeszłym tygodniu, na ten przykład, musiałem mu zdzierać z twarzy jakąś maseczkę kosmetyczną z ogórków, kartofli, bananów i dziwnej masy, która uparcie trzymała się dwudniowego zarostu Ryszarda. Innym razem mało nie zbankrutował po zamówieniu darmowej bransoletki energetycznej, która miała wspomóc go w życiowych problemach i w walce z cystą, której nie miał. Ale wycieczka w góry? To brzmiało cholernie rozsądnie.
- No, no, to brzmi nawet rozsądnie, poniekąd - powiedziałem asekuracyjnie, nie chcąc nadmuchiwać entuzjazmu Ryszarda do niebezpiecznych rozmiarów. - Może usiądziemy i powiesz o co chodzi?
Weszliśmy więc do pokoju, w którym wszędzie walał się popcorn. Rzuciłem wzrokiem na telewizor - napisy końcowe żywo przesuwały się po ekranie z towarzyszeniem radosnej muzyczki. Westchnąłem i sięgnąłem po pilota, ale cały się lepił i tak jakby przestał działać, więc wyłączyłem telewizor ręcznie i poszedłem się umyć. Może to niegrzeczne, zostawiać gościa w takim bałaganie, ale Ryszard zdawał się nie przejmować drobnostkami.
Poza tym, gdy wróciłem popcornu prawie już nie było.
- O, posprzątałeś? - zdziwiłem się.
Ryszard przełknął coś.
- Zjadłeś?!
- Więc chodzi o to, że natknąłem się na niezwykle atrakcyjną propozycję górskiej wycieczki z noclegiem w schronisku za pół ceny - powiedział Ryszard.
- Z jakiej okazji? - postanowiłem nie drążyć sprawy zniknięcia popcornu.
- Och… - Ryszard spojrzał na sufit, okno i podłogę - To taka promocja. Gazety. Oferta dla stałych czytelników. Naprawdę tanio.
- Mam nadzieję, że nie właduję się przez to w jakieś zobowiązania. Czytałeś dokładnie ofertę? Żadnych sztuczek?
- Ależ skąd! - święte oburzenie.
- Małym drukiem też czytałeś? Nie będę musiał kupować potem okazyjnych upominków?
- Gdzieżby?! - odraza.
- Na obrzeżach? Pod światło? Sokiem z cebuli? Czarne na czarnym? W innym języku? W tle? Ukryte w rysunku? - nie dawałem za wygraną. - Literki mogą być wszędzie i mogą oznaczać, że godząc się na ofertę godzę się na zakup zegarków ręcznych dla całej rodziny, której nie posiadam, po okazyjnej cenie i z gratisowym prezentem w postaci praktycznego etui na okulary, których nie noszę.
- Nie, nie, wszystko gra.
- Pokaż mi tą ofertę.
- Już wysłałem. Wpisałem cię. - Ryszard był najwyraźniej niezwykle zadowolony z siebie. Przecież sprawił mi taką miłą niespodziankę.

- - -

Zimny, październikowy poranek. Piąta, ciemno, pusty peron, szron. Rysia nie ma. Ale to nic, pociąg ma jak na razie tylko pół godziny spóźnienia.
Gdy tak stałem, marznąc i klnąc, zacząłem powątpiewać w zasadność mojej decyzji o wycieczce w góry w październiku i do tego z tym bałwanem. Mówił coś o złotej polskiej jesieni i posezonowych obniżkach, ale gdzieś w tym wszystkim musiał być jakiś haczyk.
Ryszard zjawił się po chwili zdyszany i bardzo objuczony.
- Zapomniałem, że muszę kupić świeży numer gazety - wyjaśnił. - Tej, z której jest wycieczka.
- Masz pieprzone szczęście, że się pociąg spóźnia - warknąłem.
- Ty też masz szczęście. Jest możliwe, że spotkamy Elvisa.
Byłem zmęczony, zmarznięty, niewyspany. Nie zaskoczyłem.
- To jakiś Twój kumpel?
- Elvisa! Króla!
Zrozumiałem. To tylko kolejny zły dzień w życiu Ryszarda.
- On nie żyje - powiedziałem bez ogródek. - Już dawno. Przykro mi, że to ode mnie usłyszałeś tą straszną prawdę.
- Ależ żyje! Ukrywał się w Czechach jako Karel Gott, a teraz wygrał wycieczkę i może go spotkamy. Tak piszą! Lubi Bieszczady. Owce też lubi. I śpiewać przy ognisku. I grzyby zbierać. I nawet trochę po polsku mówi.
Na szczęście podjechał pociąg i nie musiałem na te brednie odpowiadać.
Podróż minęła spokojnie, tylko jakiś idiota w przedziale obok grał na gitarze “Love me tender”. Ryszard najwidoczniej nie znał tej piosenki, bo nie poleciał do faceta po autograf.
Górska miejscowość, natomiast, z której wiódł szlak do naszego szczytu, nie była spokojna. O nie, w ogóle nie była spokojna.
- To ma być ta pieprzona polska złota jesień? - warknąłem do Ryszarda, ale ten pewno i tak mnie nie słyszał przez dziki wiatr chłoszczący nas szpilkami gradu.
- Rześki poranek - powiedział Ryszard, albo tak mi się tylko zdawało, bo nawet jak na niego było to nierozsądne określenie sytuacji.
Ruszyliśmy.
Szlak wiódł nas początkowo przez bardzo długie centrum wsi - ośmielam się tak to nazwać,
gdyż zauważyłem nieopodal budkę z frytkami i “hoddogami”, jak głosił szyld - by po godzinie zboczyć z asfaltowej szosy na wydeptaną, polną ścieżkę, która doprowadziła nas dość szybko do innej asfaltowej drogi. Ta dłużyła się okropnie, wijąc się wzdłuż jednej z tych pieprzonych, niekończących się polskich wsi. Śmierdziało nawozem, było zimno i zrobiłem się głodny. Powiedziałem to Ryszardowi.
- Och, przecież dopiero co zaczęliśmy iść.
- Zauważ, że słońce już zaczyna opadać - zwróciłem uwagę.
- No, to chyba naturalne o tej porze roku.
Zdławiłem w sobie wściekłość i szliśmy jeszcze godzinkę, aż zauważyłem jakąś wiejską knajpę. W środku świeciło się, do moich uszu dobiegały odgłosy dobrej zabawy i urywki muzyki.Zapewne mają coś do jedzenia - pomyślałem i już chciałem zaciągnąć tam Ryszarda, gdy nagle poznałem, jaka to muzyka opuszcza okno knajpy. Wyraźnie teraz to słyszałem - dudnienie gitary i charakterystyczny głos…
- …dance to the jaihouse rock! - krzyczało radośnie okno.
- Patrz, szlak zbacza z drogi głównej! - krzyknął niepomny na jakiegoś góralskiego Elvisa Ryszard.
I rzeczywiście. Szlak wszedł do lasu. Więc my też.
A słońce zaszło pięć minut później.
- Ryszard, nie widzę szlaku - w lesie zrobiło się cholernie ciemno.
- Uspokój się - Rysio był bardzo pewny siebie - Czytałem o paru ciekawych trickach. Pójdziemy na azymut. To już blisko.
Ryszard podszedł demonstracyjnie do jednego z drzew i obmacał je.
- Widzisz, mech jest z północnej strony.
- Niezwykle ciekawy trick - zauważyłem. - I co z tego?
Ryszard prawdopodobnie wzruszył ramionami, ale nie mogłem tego widzieć przez ogarniające nas ciemności.
- No nic. Ale może spotkamy Elvisa. Już nieraz pomagał turystom będącym w tarapatach.
Zakryłem twarz dłońmi i westchnąłem ciężko. Spojrzałem w górę i nagle zauważyłem coś bardzo kolorowego na niebie. Okrągłe i migające. Zakreśliło nad nami kółko i strzeliło chyba do czegoś, czego nie mogłem dostrzec. Zaraz potem znikło.
W tej samej chwili coś spadło pomiędzy nas. Wrzasnęliśmy. Nie ruszało się, więc się pochyliłem i podniosłem sowę z odstrzeloną głową. Trudno mi było to jakoś skomentować, więc milczałem. Także Ryszard stracił pewność siebie.
Ale zaraz ją odzyskał.
- Cicho! Cicho! Tam! Słyszę! - zaczął krzyczeć i wymachiwać rękami, a przynajmniej tak wydedukowałem, bo nagle zrobiło się obok mnie całkiem dużo wiatru.
- Jestem cicho, cymbale - warknąłem i też to usłyszałem. Jakiś głos w oddali śpiewał coś po czesku, strasznie fałszując.
- To Elvis! To Elvis! Tutaj! Tutaj jesteśmy! - darł się Ryszard.
- Raczej Karel Gott - rzuciłem sarkastycznie, zadowolony, że odnalazł się ktoś mogący wydostać nas z tej głuszy. Między drzewami zamrugało światło latarki, a głos wzmógł się.
- Ooo, moja laska nebeska, la la laska ne ne…
Spomiędzy drzew wyszedł ku nam Elvis Presley. Był ubrany w swoje standardowe, białe ciuchy z mnóstwem złotych wyszywań i zbyt szerokimi nogawkami i rękawami. Przestał śpiewać i jakby się zmieszał.
- Och, turyszci, a ja po cze…cze…
- Czesku - podpowiedziałem.
- …szku. Ja zaraz nyprawię…
- Tutti frutti!!! - huknął znienacka dziarsko, ale widać, że zmęczony, bo znów zamilkł. Zaświecił sobie latarką w twarz i przybrał niewinną minę. - Bo to chała, a ja żawsze wolałem cze… piosenkę. Ooo, moja laska nebenebe… - zawył i ponownie umilkł i upadł.
- Ten wariat jest pijany - stwierdziłem i podniosłem latarkę. Zaczynałem rozumieć skąd wzięło się to gadanie Ryszarda o Elvisie.
- Och, nic się nie martw - Ryszard był wyraźnie podniecony - Chyba nie sądzisz, że taki facet, jak Elvis, rusza się gdziekolwiek bez obstawy.
Nie zdążyłem tego skomentować, bo znów światło błysnęło nad lasem, i drugi raz, i znowu, aż w końcu dojrzałem kołujące nad nami, kolorowe i okrągłe coś. Zaczęło robić się coraz większe i większe, aż w końcu zasłoniło całe niebo. Staliśmy jak wryci, gdy nagle spód statku (bo teraz wyglądało to zupełnie jak standardowe UFO od Spielberga) rozsunął się i wypadł z niego traktor. Dość pokaźny, błyszczący czerwonym lakierem, prosto na nasze głowy. Padliśmy z krzykiem na ziemię, ale on zatrzymał się dwa metry nad nami.
- Odszunoncz sie - wybełkotał Elvis.
Traktor łagodnie opadł między nas.
- To jes tractor beam, wszadacz - rzucił Elvis i wlazł na traktor. Zrobiliśmy to samo, a wtedy traktor uniósł się i przetransportował nas bezpiecznie do wnętrza statku.
Niewiele pamiętam z tego, co działo się z nami w środku, a Ryszard jeszcze mniej, zresztą dziś nie rozmawiamy ze sobą na ten temat. Dość, że chyba robili na nas jakieś eksperymenty, bo Ryszard do dziś ma oczy zmieniające kolor w zależności od kursu franka burundyjskiego i serce z prawej strony, a ja zachowałem pamiątkę w postaci obrzęku jąder na widok chińskich zupek, Myszki Miki i Papieża. Pamiętam natomiast, że UFO podrzuciło nas pod samo schronisko, obdarowano nas suchym prowiantem, a Elvis był na tyle miły, że wychylił się przez bulaj i pomachał nam, gdy statek odlatywał. Odmachaliśmy mu, a on chyba nie wziął pod uwagi szybkości i zwrotności pojazdu, albo był zbyt pijany, bądź co bądź wypadł i rozbił się na pobliskiej
sośnie. I to tyle, jeśli chodzi o legendę Elvisa z gór. Na statku szybko spostrzegli, co się stało, bo zaraz pojawił się traktor, który pozbierał szczątki Elvisa i wrócił z nimi na statek.
Ale nie zwracaliśmy na to zbytniej uwagi, bo oto staliśmy w końcu pod tymi pieprzonymi drzwiami schroniska. Ryszard ściskał w ręce dowód wygranej, gwarantujący miejsca za pół ceny.
- To niezwykłe - powiedział. - Muszę napisać do gazety, że Elvis jest z innej planety, tak jak pisali tydzień temu. A ja nie chciałem uwierzyć.
- To dopiero jest niezwykłe - parsknąłem. - A poza tym Elvis nie żyje i przykro mi, że dowiadujesz się o tym ode mnie, choć sam przecież widziałeś. Pukaj, do cholery.
Ryszard zapukał.
Drzwi otworzyły się z tendencyjnym skrzypieniem. W środku było bardzo ciemno. Gdzieś w głębi majaczyła recepcja. Ruszyliśmy w tamtą stronę, potykając się o niewidoczne ławy i stoły.
- Proszę uważać, to jest do siedzenia a nie do kopania - odezwał się głos zza blatu recepcji.
Ryszard dotarł pierwszy i wręczył skrytej w mroku postaci nasze skierowanie. Postać wzięła je i podała Rysiowi klucze.
- Proszę tu podpisać - rzuciła na blat dwa formularze.
Było ciemno. Byłem zmęczony całym tym dziwnym dniem. Chciałem tylko położyć się do łóżka i odpocząć. Nie wykazałem swej zwykłej dozy nieufności i po prostu podpisałem swój formularz we wskazanym miejscu. I w jeszcze jednym. I na dwóch innych kopiach też.
Gdy wchodziliśmy na górę po schodach zaczęła mnie dręczyć myśl, że skądś znam ten głos recepcjonisty i tą sylwetkę. Chciałem nawet zapytać o to Ryszarda, ale w końcu dałem spokój. Znalazłem swój apartament, znalazłem też psie gówno pod swoją wycieraczką i poszedłem spać. Ach, to gówno, już wtedy powinienem był się domyślić!
Spało nam się dobrze. Miękko, wygodnie. Nad ranem trochę męczył mnie sen o E.T. ukrywającym się w mojej lodówce, ale obudziłem się wypoczęty i szczęśliwy, że mam już ten paskudny dzień za sobą.
- Może to nie był taki zły pomysł - pomyślałem. - I pogoda się wyklarowała. Nie taki głupi ten Ryszard, że wyciągnął mnie w góry.
Przeciągnąłem się i wyszedłem na spotkanie nowemu dniu.

- - -

Mieszkam w dalszym ciągu niedaleko Ryszarda. Od tamtych zdarzeń minęło już trochę czasu. Zwiedziliśmy z Ryszardem pół świata. Najpierw Grenlandię, piękny kraj, tak inny od naszego, bardzo mi się podobało. Ryszard odmroził sobie kilka palców u lewej ręki bo zgubił rękawiczkę, ale wiem, że i jemu się podobało. Potem Madagaskar - och, ta radykalna zmiana klimatu, przeżyliśmy szok termiczny i strasznie od tego wyłysiałem, ale warto było. Wtedy już nasze konta świeciły pustkami, więc sprzedaliśmy meble i sprzęt, by dostać się na Tahiti. Miesiąc na Tahiti - bosko, naprawdę, nie ma czego żałować. Nawet, gdy weźmiemy pod uwagę brak dbałości o higienę u tamtejszych kobiet, co zaowocowało dziwnymi chorobami wenerycznymi, z
którymi do dziś nie możemy się uporać. No a potem tydzień w Las Vegas, a jakże, choć trzeba było sprzedać mieszkania żeby opłacić zawarte w umowie wypady do kasyn. Ostatni na liście był Egipt, ale nigdy go nie zobaczyliśmy, bo zabrakło nam forsy.
Firma turystyczna nie chciała o tym słyszeć i wytoczyła nam proces, więc posiedzieliśmy trochę w więzieniu za długi.
Nie raz wyrzucałem sobie swoją naiwność. To wszystko było przecież ukartowane! Ta cholerna gazeta - wiadomo, że człowiek się może wpakować w straszne gówno przez takie pisma i trudno byłoby wskazać mniej naiwnego człowieka ode mnie, a i tak dałem się wrobić. UFO, Elvis - zwykłe mydlenie oczu, takie jest moje zdanie. Jak mogłem nie poznać w osobie recepcjonisty pana Kazia, naszego blokowego dozorcy?! Ten chrapliwy głos, zgarbiona sylwetka, a do tego psie gówno bezczelnie wepchnięte pod moją wycieraczkę! To mógł być tylko on! Och, zawsze nas nienawidził i tylko szukał okazji, by wykurzyć nas z bloku.
Ale nie poznałem go i podpisaliśmy deklaracje odbycia kilku wycieczek na własny koszt w prawdopodobnie najdroższym biurze podróży, jakie istnieje.
Pan Kazio wykiwał nas. Podszedł nas i zrujnował nasze życie jednym, sprytnym posunięciem. Ale nie jest w końcu aż tak źle. Zobaczyliśmy kawał świata, poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, na przykład tych włoskich mafiosów z Los Angeles, przez których musiałem amputować nogę, bo od kwasu, w którym mnie zamaczali, zrobiła się gangrena. Zakosztowaliśmy życia. Ryszard poznał bardzo ciekawy szczep nie znanej jeszcze nauce choroby tropikalnej, przez co stracił władzę w zwieraczu odbytu i musi wszędzie chodzić z foliową torebką. Ja straciłem większość zębów na kratach mojej celi, gdy przypadkiem wylałem zupę zwierzęciu, z którym dzieliłem pryczę. Te nowe doświadczenia wzbogaciły nas wewnętrznie.
Dalej utrzymujemy kontakty. Ryszard wpada czasem, jak to sąsiad, i gadamy o tym czy owym, albo wspominamy dobre czasy. W końcu nie ma daleko, mieszka w kartonie obok.

Katowice, 1998


Napisz odpowiedź