Niezwykłe życie

   Ryszard wbiegł z hukiem do mojego mieszkania. Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Kawa chlapnęła na obrus, a bułka stanęła mi w gardle.
- Dzwonek! - wychrypiałem, plując okruszkami i krztusząc się.
- Co? - rzucił krótko Ryszard, patrząc na mnie otępiałym wzrokiem.
- Dzwonek, kurwa! - poradziłem już sobie z bułką i mogłem w pełni wyartykułować moją dezaprobatę dla jego dzikiego zachowania - Prywatność! Intymność! Kultura! Mało się, kurwa, nie udławiłem! Mój dom - moja twierdza! Szekspir! Kurwa!
   Ryszard spotulniał trochę i wycofał się za próg. Delikatnie zamknął drzwi. Zadzwonił. Sekundę później znów był w środku. Wpadł do kuchni, gdzie walczyłem ze śniadaniem, i rzucił mi przed nos jakąś gazetę.
   - Czytaj! - ryknął mi do ucha.
   Ryszarda znałem zawsze jako spokojnego, trochę przytłumionego sąsiada, więc jego zachowanie bardzo mnie zdziwiło. Zaszokowało nawet. Choć z drugiej strony, pomyślałem, ten prosty człowiek mógł właśnie przekroczyć próg załamania nerwowego, bo dowiedział się z telewizji, że Święty Mikołaj nie istnieje. Zarechotałem w duchu, ale zaraz zganiłem się za myśli tak brutalnie piętnujące wrodzoną łatwowierność mego starego znajomego.
   - Czytaj! Straszne rzeczy!
   Rzuciłem okiem na gazetę. Tytuł wiele mi nie mówił.
   - “Niezwykłe Życie” - przeczytałem głośno - Co to, nowe pismo dla gospodyń domowych?
   - Nie wiem. Znalazłem rano pod drzwiami.
   - Pewno jakaś akcja promocyjna - mruknąłem i otworzyłem pismo. Uderzył mnie ogromny nagłówek - SZATAN ZAATAKUJE WKRÓTCE. Rany, co to, gazetka Świadków Jehowy? Co cię tak wystraszyło?
   - To nie ma chyba z nimi nic wspólnego - Ryszard trochę ochłonął i usiadł naprzeciw mnie - Czytaj dalej.
   - Nasza wróżka… blablabla… że sądny dzień się zbilża i Szatan już wkrótce wypleni ludzkość… blabla… Nadal nie rozumiem. To jakieś straszne bzdury.
   - Tam! Niżej!
   - Hmm… Udało nam się zdobyć unikalne zdjęcie Szatana…
   Parsknąłem dzikim śmiechem. No nie do wiary! Przez chwilę pomyślałem, że Ryszard zrobił mi kawał.
   - Cholera, przecież to nasz dozorca, pan Kazio! Niesamowite! - dławiłem się śmiechem - Rysiu, skąd ty masz niby tą gazetę?
   - Znalazłem pod drzwiami - Ryszard zachował kamienną twarz - Nie wiem, skąd się tam wzięła. W kioskach tego nie ma.
   - Ktoś ci zrobił głupi dowcip - osunąłem się na krzesło zmęczony atakiem śmiechu - albo popieprzył drzwi i zostawił u ciebie zamiast u pana Kazia.
   - Też tak myślałem. Pan Kazio jednak nie ma chyba zbyt wielu znajomych. To odludek. No i jest od tygodnia na urlopie, w piątek dopiero wraca. Po czwartej - to ostatnie Ryszard powiedział z jakimś dziwnym naciskiem.
   - Taaa… - bezmyślnie przerzuciłem stronę - Dalej jednak nie bardzo rozumiem… O, a to co? - kolejny nagłówek nie był tak wielki jak ten straszący Szatanem, ale był za to niezwykle tajemniczy - ŻYWY MAKARON. Hoho, brzmi złowieszczo!
   - Piszą, że od tygodnia nasilają się przypadki uduszenia ludzi przez makaron podczas konsumpcji spaghetti - zwłaszcza, jeśli jest ostro przyprawione.
   - Świetne! - dobrze się bawiłem - Zaraz, niech zobaczę, czy mój makaron nie ma złych zamiarów względem mojej osoby - wstałem i otworzyłem szafkę. - O, jest…
   - Uważaj! - wrzasnął Ryszard - Nawet w stanie surowym może być groźny!
   Odwróciłem się od szafki i spojrzałem badawczo na Ryszarda.
   - Słuchaj, co się z tobą dzieje? To tylko zwykła, brukowa, skandalizująca gazetka, w której pewno pracuje jakiś znajomy pana Kazia i świetnie się bawi pisząc te bzdury. Zachowujesz się, jakbyś wierzył w te wszystkie brednie.
   - O, to nie brednie! Sam się przekonaj, to sama szczera prawda! I zamknij tą szafkę na wszelki wypadek!
   Powoli sytuacja zaczynała mnie denerwować. Mój sąsiad wpadł najwidoczniej w ciężką depresję maniakalną, co mi osobiście wisiało, dopóki rozładowywał swoje frustracje w zaciszu własnego apartamentu. Teraz był jednak na moim terenie i należało coś z tym zrobić. Zamknąłem szafkę dla świętego spokoju i usiadłem przy stole. Rozłożyłem gazetę i spojrzałem moim najbardziej sugestywnym spojrzeniem na Ryszarda.
   - Dobra. Zaraz ci udowodnię, że to stek bzdur.
   - Zacznij od tego - Ryszard wskazał drżącym palcem mały artykulik w rogu strony. - Małe, a cieszy.
   Znów mnie zaskoczył. Zupełnie, jakby czekał na taki obrót sytuacji, jakby to on był tu tym, który wie lepiej. Zdenerwowało mnie to, spojrzałem jednak na artykuł.
   - PLACKI ZIEMNIACZANE - przeczytałem tytuł i zwróciłem się chłodno do Rysia - Co, porywają dzieci?
   - Nie, nie, to przepis. To tylko przepis - Ryszard zarechotał dziwnie, histerycznie.
   - Placki w dwadzieścia sekund… weź 0,33 litra Coca-Coli… wlej do miski… wrzuć kartkę w kratkę napisem PLACKI ZIEMNIACZANE… włóż do kuchenki mikrofalowej…. - uśmiechnąłem się - Doskonale, stary, jeśli uważasz, że zrobią się z tego placki…
   - Spróbuj! Spróbuj! - Rysio był cholernie blady i wiercił się nerwowo na krześle.
   - Dobra, skończmy z tym - warknąłem i otworzyłem lodówkę. Trochę żal było mi marnować colę na takie bzdury, ale chciałem jak najszybciej pozbyć się natręta. Nalałem napój do miski, wyszperałem, nie wiem skąd, kawałek kartki w kratkę i nabazgrałem na niej PLACKI ZIEMNIACZANE.
   - Mogłeś się bardziej postarać - rzucił Ryszard - I użyć pióra a nie flamastra. Mogą nie wyjść zbyt smaczne.
   Zignorowałem go i utopiłem kartkę w coli. Całość włożyłem do kuchenki mikrofalowej i włączyłem ją. Jak dobrze pójdzie, za dwadzieścia sekund będę miał osła z głowy - pomyślałem sobie i usiadłem z pewną miną na krzesło.
   Czekaliśmy w milczeniu
   Po ustalonym czasie kuchenka zadryndała wesoło i coś w niej głośno trzasnęło.
   - Co to było?!
   - Nie doczytałeś do końca - Ryszard wnikliwie oglądał swoje paznokcie - to danie trwale uszkadza kuchenki mikrofalowe.
   Przez mój umysł przebiegło stado słoni. Początkowo chciałem wyładować swoją wściekłość na tym draniu, który mnie nie uprzedził o przykrej właściwości placków, ale zaraz zdałem sobie sprawę z prostego faktu, że mimo wszystko to nie powinno się zdarzyć, że przecież…
   - Nie chcesz zobaczyć placków?
   Tak! W końcu o to chodziło! Pieprzyć kuchenkę, z pewnością da się ją naprawić, za chwilę będę miał przyjemność wylać miskę gorącej Coca-Coli na tępy łeb tego kretyna… Otworzyłem triumfalnie kuchenkę i krzyknąłem nagle, przerażony.
   - Placki!!!
   Rysio zajrzał mi przez ramię.
   - Mówiłem, że nie wyjdą. Trzeba było ładniej napisać, to byłyby pulchniejsze.
   Mój mózg tańczył i rzucał się szukając wytłumaczenia irracjonalnej sytuacji lub jakiejś szalonej reakcji chemicznej, zamieniającej colę w placki ziemniaczane.
   - To jakiś trik! Głupi kawał! Sztuczka!
   Ryszard wziął placek i ugryzł.
   - Nie jedz tego! - krzyknąłem.
   - Eee tam. Zrobiłem sobie już takie w domu, są smaczne. A w gazecie piszą, że to zdrowe.
   Właśnie! Gazeta! Chwyciłem ją znowu i zacząłem nerwowo przerzucać strony w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym od razu obalić, wypróbować…
   - Daruj sobie - Rysio apatycznie żuł placek cocacoloziemniaczany - wszystko wypróbowałem. Wszystko się zgadza. To znaczy… - zawahał się - nie próbowałem tego - wskazał ręką na jakiś artykuł. Przestałem przerzucać strony i spojrzałem na tytuł.- Ale nie mam nawet zamiaru… - dorzucił i pobladł.
   - JAK WYHODOWAĆ SOBIE TRZECIĄ RĘKĘ W PIĘĆ MINUT - wyrecytowałem. Oczywista bzdura, ale też jakoś nie paliłem się do jej próbowania. - A to? POROZMAWIAJ ZE SWOJĄ PELARGONIĄ - brzmi obiecująco?
   Ryszard podszedł do parapetu i rzucił w stronę stojącej tam paprotki:
   - Jak jest?
   - Sucho - odpowiedziała paprotka.
   - Jesteś brzuchomówcą? - poczułem się nieswojo.
   - Mówią językiem prostym, ale zrozumiałym - zignorował moje pytanie Ryszard. - Widzę, że trudno cię przekonać. Ale nie martw się… - spojrzał na zegarek - Za minutę stanie się coś spektakularnego, co nie pozostawi ci cienia wątpliwości.
   - Co mianowicie? - spojrzałem do gazety - UFO na ulicy Leśnej…. Co? Przecież nic takiego się tu nigdy nie stało! - poczułem prawie radość z tego faktu - Gazeta kłamie!
   - To jutrzejszy numer - zimno wycedził Ryszard. Uspokoił się, już nie dygotał, pogodził się z irracjonalną sytuacją wprowadzoną przez gazetę. Ja jednak nie potrafiłem.
   - Jutrzejszy?! Jak to jutrzejszy?! I co, że niby…
   Nie dokończyłem. Budynek zatrząsł się w posadach, coś śmignęło, błysnęło i na trawniku za oknem łagodnie osiadło słusznych rozmiarów ufo. Klasyczne, okrągłe, połyskujące w porannym słońcu… Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Ryszard znów zaczął się trząść i pobladł wyraźnie. Nie mogliśmy oderwać wzroku od widowiska za oknem.
   Tymczasem z pojazdu wyszło kilku małych, zielonkawych, chuderlawych gości. Zerwali parę roślinek, zmierzyli coś swoimi przyrządami, zestrzelili z płotu kotka pistoletem laserowym, wsiedli z powrotem i odlecieli.
   Opadłem ciężko na krzesło. Wydało mi się, że paprotka kaszlnęła gruźliczo i wymruczała coś w rodzaju “przepraszam”.
   - A więc Oni istnieją - wymamrotałem.
   - Człowieku! Ocknij się! A kogo to obchodzi! W piątek wieczorem będzie koniec świata!! - Ryszard znowu wpadł w histerię - Pamiętasz? Pan Kazio! Wróci i zabije nas wszystkich! To Szatan!
   - W piątek?
   - Przeczytaj cały artykuł.
   Powróciłem do pierwszych stron gazety.
   Przeczytałem do końca artykuł o Szatanie.

         * * *

   Teraz wszystko stało się jasne. Pan Kazio to Szatan. Dlatego ma taką dziwną budowę czaszki - rosną mu tam rogi. Dlatego tak często siedział całymi dniami w piwnicy - twierdził, że reperuje rury, ale w rzeczywistości raziło go światło dzienne. No i nie lubił zwierząt. Tak, pamiętam, to przez niego musiałem sprzedać psa. Kazio mówił, że załatwia się na klatce, ale teraz wiem, że to nieprawda, pewno sam te psie kupy podrzucał. Pies wyczułby w nim Złego. I gołębie nigdy nie obsrywały parapetów w naszym budynku, nie latały tu w ogóle…
   Siedzieliśmy z Rysiem przy stole patrząc się na siebie niewidzącym wzrokiem. Powoli zapadał wieczór. Dla pewności zrobiliśmy jeszcze kilka prób - między innymi lewitowaliśmy trochę, a Ryszard wyhodował sobie szósty palec u lewej stopy.
   Uspokoiliśmy się. Wiedzieliśmy już prawie wszystko.
   - Nie możemy nic zrobić?
   - Nic. To koniec. Pan Kazio wróci i zabije nas w przyszły piątek po czwartej. Czytałeś. Żaden człowiek nie ocaleje. A my będziemy pierwsi.
   Coś nie dawało mi spokoju.
   - Ale… Kto wydał tą gazetę? Dlaczego ma jutrzejszą datę? Skąd się wzięła? I dlaczego zmieniła rzeczywistość? Moja paprotka nigdy nie mówiła!
   - Mój kaktus też nie - przyznał Ryszard - Myślę, że świat się zmienia. Że atak pana Kazia to będzie całkowity koniec naszego świata, ale coś zostanie. Będzie sobie żyło, wydawało gazety, rozmawiało z kwiatkami, widywało ufo w każdy wtorek, chroniło się przed makaronem i jadło placki ziemniaczane. Nowa rasa. Oczyszczenie. Ta gazeta pewno miała trafić jutro do pana Kazia, ale komuś pomyliły się dni i drzwi…
   Ryszard westchnął ciężko.
   - To dziwne, ale z każdą chwilą staję się coraz bardziej przekonany, że to nic takiego niezwykłego znowu - kontynuował - Najpierw wpadłem w panikę, ale gdy spojrzę wstecz… Cóż, tak pewno musi być…
   Przyznałem mu w duchu rację. Tym bardziej, że anormalne zjawiska zaczęły przybierać na sile w czasie. Musieliśmy wyrzucić makaron do zsypu, bo robił się agresywny i zaczął się tłuc w szafce, a paprotka co jakiś czas opowiadała głupie dowcipy i sama się z nich śmiała. No dobra, skoro taka ma być rzeczywistość w przyszły piątek, to może lepiej, że nas tam nie będzie.
   Nic już nie można odmienić.
   Możemy tylko siedzieć i czekać na pana Kazia.

Katowice, 1996


Napisz odpowiedź