Dżem.
Dzień zapowiadał się znakomicie. Była co prawda niedziela, skażona nieuchronnym zbliżaniem się poniedziałku, ale pogoda była słoneczna i bezwietrzna, więc zaplanowałem sobie, że spędzę przemiłe popołudnie w parku, pooglądam beztrosko pluskające w sztucznym stawie łabędzie, powypatruję pąków na drzewach, w końcu wiosna, słowem - relaks, spokój, odpoczynek… Ale ponieważ było jeszcze trochę za wcześnie, żeby wychodzić, włączyłem telewizor i poszedłem do kuchni zrobić sobie drugie śniadanie.
Dźwięki dochodzące z salonu zaniepokoiły mnie.
- Chwalmy Pana! - wydało mi się, że usłyszałem. I za chwilę:
- Wszyscyśmy grzeszni! Ogień piekielny czeka nas za każdy występny uczynek!
Oto kolejny minus niedzieli. Niechcący trafiłem na jakiś program z telewizyjnym kaznodzieją. Nie chciało mi się wierzyć, że w dobie internetu, telewizji kablowej i 150 lat po Darwinie ktoś jeszcze daje się na to nabierać, jednak skoro interes się kręcił, musiałem się mylić. Zresztą, cóż mnie to obchodzi. Każdy ma jakiegoś bzika, najwyraźniej. Skupiłem się z powrotem na smarowaniu kromek dżemem i mój umysł leniwie wrócił na przyjemniejsze tory. Taak, najpierw pójdę w stronę palmiarni, tam siądę sobie na kwadrans, potem może obejdę staw, posłucham szumu drzew… Na wszelki wypadek wezmę parasol, pomyślałem, niby pogoda bez zarzutu, ale kto wie, te majowe burze pojawiają się całkiem znienacka…
Nagle usłyszałem głośny łomot. Dwa uderzenia: BUM! BUM! Zupełnie, jakby ktoś wpadł na moje drzwi frontowe. “Może to przez przypadek” - pomyślałem bez większej nadziei. I faktycznie, za ułamek sekundy łomot powtórzył się. Westchnąłem, odłożyłem nóż, wytarłem ręce i ruszyłem na spotkanie z nieznanym.
Przez wizjer w drzwiach frontowych zobaczyłem mojego sąsiada, Ryszarda, stojącego na korytarzu. Ryszard to prosty człowiek, nieco naiwny, ale przecież sąsiad więc czasem pożyczam mu cukier lub nakierowywuję jego słabą psychikę na tory rozsądku po tym, jak raz po raz jest wykolejana przez agresywne artykuły w pismach dla kobiet, które Ryszard czytuje. Wyglądało na to, że i tym razem może to być taka sprawa. Raz jeszcze przytknąłem kontrolnie oko do wizjera, żeby spojrzeć na postać Ryszarda przed otwarciem drzwi i w tym samym momencie jego głowa zaczęła się raptownie zwiększać, w ułamku sekundy wypełniła cały wizjer i usłyszałem łomot: BUM! Drzwi szarpnęło i poczułem silne uderzenie w nos.
Z jakichś nieznanych mi powodów mój sąsiad uznał, że zamiast normalnie zapukać lub zadzwonić, będzie walił swoim pustym łbem w moje zwykłe, niewzmocnione drzwi. Zakląłem pod obolałym nosem i szybko otworzyłem drzwi, żeby wyładować swój gniew na tym cymbale, co było błędem, bo, jak sobie poniewczasie przypomniałem, Ryszard zawsze puka dwa razy.
Poczułem uderzenie w klatkę piersiową, straciłem równowagę i wpadliśmy razem na stojący w przedpokoju stojak na parasole. Usłyszałem nieprzyjemny chrzęst i przez krótki, straszny moment pomyślałem, że strzelił mi kręgosłup i od tej chwili będę do końca życia poruszał się na wózku (”Pozwę do sądu tego idiotę i wszystkie pisma dla gospodyń domowych, które robią mu sieczkę z resztek mózgu!” - błysnęło mi w głowie). Zaraz uświadomiłem sobie jednak, że to tylko parasol, z którym miałem zamiar przechadzać się po parku. Jeśli chwilę wcześniej byłem na tego gamonia tylko trochę zirytowany, tak teraz zacząłem gorączkowo zastanawiać się czy mam w domu jakieś narzędzie, którym mógłbym go ubić, czy też będę musiał zrobić to gołymi rękami. Nóż do ryb? Tłuczek do mięsa? Rura od odkurzacza?…
- Wybacz mi - powiedział Ryszard i zaczął nieporadnie gramolić się z podłogi.
Wtedy zrozumiałem, że sytuacja jest poważna. Gdyby Ryszard zaczął się głupkowato śmiać i przepraszać mnie, jąkając się z zażenowania, uznałbym, że wszystko w normie i jest to tylko kolejna chwilowa mania, która przejdzie jak przyszła. Ale nie, minę miał poważną, a to co powiedział zaraz potem przeraziło mnie.
- Nie chciałem cię skrzywdzić, bracie.
Zaniemówiłem. Może powinienem wezwać policję? Albo zadzwonić do pobliskiej bazy lotnictwa wojskowego i podać współrzędne naszego bloku jako celu do precyzyjnego, profilaktycznego bombardowania? I kiedy wydawało mi się, że gorzej już być nie może, zauważyłem, że Ryszard wstaje nie używając rąk, dlatego robi to tak nieporadnie. Ręce miał rozpostarte na boki, lekko ugięte w łokciach, a na dłoniach widać było jakieś czerwonawe plamy. Do tego był bez butów, a na jego bosych stopach też było coś czerwonego.
Podniosłem się z resztek stojaka na parasole i utkwiłem zimny wzrok w Ryszardzie, który stał nieco skosem do mnie, bo z tymi rozłożonymi rękami nie był w stanie zmieścić się w moim wąskim przedpokoju.
- Co ty wyprawiasz! - ryknąłem mu prosto w twarz. Przez chwilę nie było żadnej reakcji, potem Ryszard wzniósł oczy do góry, jego twarz przybrała dziwny wyraz, tak jakby coś ukłuło go w tyłek i miał zamiar powiedzieć zdumione “Uuu!”, ale zamiast tego powiedział:
- Czy nie widzisz? Mam stalagmity!
To było dosyć nieoczekiwane. Przez chwilę pomyślałem, że skoro w jego mieszkaniu wyrosły stalagmity, to z mojej piwnicy w ogóle nie ma co zbierać, bo była dokładnie w tym samym pionie. A przecież dopiero co kupiłem sobie nowy rower! Przed oczami wyobraźni pojawiła mi się wizja groteskowo powyginanej ramy oplatającej nagle wyrosłe twory skalne. Potem pomyślałem, że może stąd rany na stopach i dłoniach Ryszarda - wszedł po ciemku na stalagmity gdy szedł w nocy do kuchni, żeby rozrzucić troszkę okruszków domowym skrzatom (to tak na szczęście, dawny zwyczaj przodków, jak napisano niedawno w “Najlepszej Gospodyni” - a potem dziwił się, skąd tyle mrówek). A potem doszedłem do wnisoku, że to wszystko nie może być prawdą, bo przecież Ryszard nawet nie zna takiego słowa jak “stalagmity”.
- Czy mogę zobaczyć twoje dłonie? - zapytałem. Ryszard w milczeniu wyciągnął przed siebie ręce i znowu wywrócił oczami w kierunku sufitu. Trochę jak baba, pomyślałem. Może te pisma mają faktycznie za duży wpływ na Ryszarda. Skupiłem wzrok na jego dłoniach i dotknąłem palcem czerwonej mazi. Nie zareagował. Nie zauważyłem żadnej rany, tylko czerwone, kleiste coś, co na pewno nie było krwią. Wziąłem palec do ust i skosztowałem.
- Czy rozbiłeś słoik dżemu truskawkowego i przyszedłeś pozyczyć ode mnie? - zapytałem z nadzieją, chwytając się tej rozpaczliwej próby racjonalizacji tej absurdalnej sytuacji jak tonący brzytwy. - Mam trochę malinowego, jakby co.
- To stalagmity! - ryknął mi Ryszard prosto w twarz.
- A wsadź je sobie ośle! - krzyknąłem tracąc panowanie nad sobą. Chwyciłem Ryszarda za ręce i wypchnąłem go za drzwi. - I nie przychodź do mnie przed drugim śniadaniem! - rzuciłem jeszcze, po czym zatrzasnąłem drzwi i wyszedłem szybko do kuchni, oczekując odgłosu walenia głową w drzwi. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Wykonałem kilka głębokich oddechów, pokręciłem ze zrezygnowaniem głową i wróciłem do przerwanej czynności smarowania kromek. Choć jakoś przeszła mi ochota na dżem. Westchnąłem ciężko nad losem mieszkańca bloku, skazanego na zbyt bliskie kontakty z obcymi mu i niedostosowanymi do życia osobnikami, wziąłem kubek z herbatą do ręki i przeniosłem się do salonu. Usiadłem na fotelu, wyciągnąłem nogi i zacząłem bezwiednie szukać wzrokiem pilota.
- Chwalmy Pana! - rozdarł się znienacka telewizor.
Ano tak, rzeczywiście, z tego wszystkiego zapomniałem, że dość pechowo miałem włączony program do indoktrynacji zwiotczałych mózgów dewotek i drenażu ich niezbyt głębokich kieszeni. Gdzie ten pilot? Schyliłem się i zajrzałem pod stolik.
- Bądźmy świadkami Jego chwały! Oto moc boska objawia się kolejny raz tylko na kanale “Bóg w dom”!
Z telewizora dobiegły mnie jakieś piski zachwytu i głośne “ochy” i “achy”. Zaprzestałem więc na chwilę poszukiwań i zerknąłem na ekran.
Na pierwszym planie zobaczyłem ubranego w nieskazitelnie biały garnitur i błyskającego oślepiająco białymi zębami faceta z mikrofonem w kształcie krzyża w ręce, który miotał się po scenie ozdobionej świecami gromnicznymi i sztucznymi witrażami, przybierał dramatyczne pozy i co chwila zarzucał swoją czarną, kręconą grzywką, która wygladała na przeszczep. Z jakiegoś powodu wydał mi się dziwnie znajomy, choć nie potrafiłem skojarzyć skąd. Za nim, nieco w głębi sceny, stała jakaś młoda kobieta, skąpo ubrana, z rozpostartymi dłońmi na których było widać jakieś czerwone plamy. Wtedy doznałem olśnienia.
- Stygmaty! - zawołałem i pacnąłem się ręką w czoło.
- Alleluja! - odpowiedział mi radośnie telewizor.
- Ten osioł musiał to oglądać od rana! - rzuciłem na głos pustemu pokojowi.
- Moje dzieci, to cud! - odpowiedział sarkastycznie kaznodzieja.
- Gdzie ten cholerny pilot? - mruknąłem pod nosem.
- …w Królestwie Niebieskim! - podpowiedział optymistycznie telewizor, ale to nie była prawda, bo pilot był pod fotelem i szybko wyłączyłem bezczelne pudło zanim spróbowało się znowu wymądrzyć.
Więc wszystko jasne. Biedny głupek został wciagnięty w religijny fanatyzm. Dodaj do tego dżem truskawkowy i nieszczęście gotowe. Może do wieczora mu przejdzie, pomyślałem. Przejrzy gazetę, trafi na horoskop i zniweluje jedną brednię drugą brednią, co pozwoli mu zasnąć z pustą głową, jak zawsze. Tak sobie to tłumaczyłem, choć trochę niesprawiedliwie, bo Ryszard, choć niezbyt lotny, to nie był aż takim kretynem, żeby uwierzyć, że jest stygmatykiem tylko dlatego, że ubabrał się dżemem. Coś tu nie pasowało, gdyby się nad tym głębiej zastanowić, ale widoczny z mojego okna skrawek błękitnego nieba przypomniał mi o moich planach na tą słoneczną niedzielę i uporządkowałem swoje priorytety - najpierw spacerek, a wieczorem zajrzę do Ryszarda i upewnię się, że wszystko jest z nim w porządku.
Uspokoiwszy w ten sposób swoje sumienie dokończyłem herbatę, umyłem zabrudzone jeszcze dżemem ręce, ubrałem się, sięgnąłem po parasol, który okazał się być połamanym strzępem a nie parasolem, zakląłem pod nosem i wyszedłem z domu.
Pogoda była jak marzenie. Niebo bezchmurne, delikatny wiaterek łagodził promienie słońca a ptaki wesoło świergotały w koronach drzew. W parku nie było nawet zbyt tłoczno, może część ludzi była jeszcze w kościele, trudno powiedzieć, tak czy inaczej nie było na co narzekać. Kupiłem sobie gofra z bitą śmietaną, bo innych z jakiegoś powodu nie mieli, zresztą i tak nie miałem ochoty na gofra z dżemem po tym wszystkim, po czym usiadłem na chwilkę pod palmiarnią.
Powinienem był być bardziej czujny. Ten brak dżemu w budce z goframi - to przecież nie mógł być przypadek. Ale wtedy nie zwróciłem uwagi na tą niezwykłą okoliczność, dokończyłem swojego gofra i ruszyłem spacerowym krokiem w stronę stawu.
W miarę zbliżania się do centrum parku, gdzie znajdował się staw, główna atrakcja naszej miejskiej oazy zieleni, wzrastało natężenie jakiegoś szumu, który wkrótce zidentyfikowałem jako odgłos rozentuzjazmowanego tłumu. Gdy doszedłem w pobliże stawu okazało się, że na brzegu zebrało się sporo ludzi. Coś pokrzykiwali, wymachiwali rękami, niektórzy klęczeli, a co chwilę któryś wskazywał na coś na środku stawu. Przepchałem się przez zbity tłum i gdy w końcu stanąłem na brzegu zobaczyłem, co było powodem sensacji.
Po tafli stawu spacerował Ryszard.
Przez chwilę nie wierzyłem własnym oczom. Szedł zupełnie swobodnie, jakby zamyślony, nie do końca świadomy tego, co się dzieje, co jakiś przystawał i rozglądał się, speszony tłumami, które obstawiły każdy widoczny brzeg, jakby nie wiedział którędy opuścić staw.
- Ryszard! Tutaj! - krzyknąłem. Zobaczył mnie, pomachał ręką i skierował w moją stronę. Gdy zbliżył się na odległość kilkunastu metrów od brzegu stanął, niezdecydowany, i utkwił we mnie swoje krowie oczy z niemym pytaniem: “i co dalej?”.
Na brzegu, wokół mnie, były ze dwie setki ludzi. Krzyczeli, wiwatowali, płakali, wyglądało na to, że histeria przybiera na sile. Niektórzy próbowali wchodzić do wody, może spodziewając się, że im też uda się ta sama sztuczka co Ryszardowi, ale nic z tego, broczyli w zimnej wodzie po kolana albo wracali zaraz na brzeg, zdezorientowani i przemoczeni. Z twarzy Ryszarda zniknął ten poranny wyraz świętoszkowatości, co dawało nadzieję na nawiązanie kontaktu.
- Co ty durniu wyprawiasz?! - zawołałem do niego rozpaczliwie.
Ryszard zdołał tylko rozłożyć ręce w geście “nie mam zielonego pojęcia”, a ja pojąłem, że popełniłem duży błąd zwracając się w tak bezpośredni sposób do mojego sąsiada, bo po moich słowach po tłumie przeszedł pomruk niezadowolenia, a zaraz potem zapadła martwa cisza. I tak staliśmy, ja czując się, jakbym właśnie w Mekce podał lewą rękę Mahometowi, tłum wokół mnie jakby gęstniejący, ważący w którą stronę puścić cugle szaleństwa i Ryszard stojący na wodzie jak ta dupa wołowa, zupełnie pozbawiony inicjatywy, zastygły w tej swojej pozie z rozłożonymi rękami. I w końcu nastąpiło nieuniknione. Tłum dodał dwa do dwóch, wyszło mu pięć i jakiś wielki facet, stojący zdecydowanie zbyt blisko mnie, ryknął jak ranny niedźwiedź:
- Bluźnierca!
I zaraz obok niego jakaś kobiecina:
- Łobraził świntego!
W normalnej sytuacji pewno miałbym ubaw po pachy, gdyby ktoś tak nazwał Ryszarda, ale poczułem, że tłum za moimi plecami zaczął wykonywać jakieś ruchy w moją stronę. Nie tracąc czasu na oglądanie się za siebie ruszyłem biegiem, przestraszony jak wszyscy diabli, w jedyną stronę gdzie nie było oszalałego najwyraźniej tłumu - w stronę Ryszarda.
- Gonić go! Atakuje proroka! - usłyszałem za sobą i zdążyłem jeszcze tylko pomyśleć, że z moją naprawdę nędzną żabką prędzej się utopię niż przepłynę staw, kiedy stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Zamiast wpaść jak rozpędzony hipopotam do stawu, bryzgając wodą na wszyskie strony, zacząłem biec po powierzchni. Nie byłem na to przygotowany, potknąłem się o własne nogi i mało nie upadłem, ale jakoś zachowałem pęd i podpierając się rękami dobiegłem do Ryszarda. W umyśle kłębiły mi się dziesiątki dzikich myśli i setki pytań, jakie chciałem zadać Ryszardowi, najlepiej wszystkie naraz, ale ten stał jak słup soli, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dali. Wyglądało na to, że się ze stresu wyłączył. Nie było na to czasu.
- Ryszard! - krzyknąłem mu prosto do ucha. Brak reakcji. Za plecami usłyszałem plusk. To akolici płyną po mnie, pomyślałem. Niewiele myśląc trzasnąłem Ryszarda z otwartej dłoni w twarz. Ocknął się i spojrzał na mnie, zaskoczony.
- Bije proroka! To diabeł wcielony! - dobiegło mnie z brzegu.
- Ryszard, co się dzieje?! - syknąłem mu do ucha.
Ryszard spojrzał na mnie uważnie i powiedział po prostu:
- Masz dżem na czole.
Nie mogłem nawet dobrze zastanowić się nad tą enigmatyczną odpowiedzią, bo w tym samym momencie poczułem, że coś mnie łapie za kostkę. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że pierwszy z akolitów, wysportowany, młody chłopak, dopłynął do nas i usiłuje wciągnąć mnie do wody. Nie jestem pewien, jak to według niego miało zadziałać, skoro z jakichś powodów woda stała się dla mnie twarda jak skała, na wszelki wypadek wyrwałem się jednak z jego uścisku i nacisnąłem butem na jego głowę, zeby na chwilę schować ją pod powierzchnią i wybić z niej głupie pomysły. W tym momencie Ryszard, patrzący na brzeg ponad moim ramieniem, zrobił wielkie oczy i krzyknął:
- On ma broń! - a ja usłyszałem charakterystyczny szczęk odbezpieczanego zamka.
- Spadamy! - rzuciłem, ale niepotrzebnie, bo Ryszard już gnał przed siebie po wodzie w stronę przeciwległego brzegu stawu. Pobiegłem za nim, uważając, żeby nie potknąć się o fale wzbudzone przez ścigających mnie pływaków, a także zastanawiając się czy naprawdę ryzykowaliby ustrzelenie swojego nowego świętego celując do mnie z pistoletu. Usłyszałem jeszcze “Goni proroka!”, a potem powietrze rozdarł głośny huk i coś przemknęło ze świstem zaraz koło mojego ucha. Może myślą, że prawdziwego świętego kule się nie imają, pomyślałem i obejrzałem się za siebie w biegu by ocenić sytuację. Zaraz potem potknąłem się o jakiegoś łabędzia, który najwyraźniej nie spodziewał się takiego ataku na środku stawu. Wyrżnąłem bokiem w twarde lustro wody i potłukłem się dotkliwie, ale zaraz wstałem i zobaczyłem, że Ryszard znalazł jakieś rosnące zaraz przy brzegu krzaki i machał do mnie nerwowo. Szybko pobiegłem do niego i daliśmy nura w zielony gąszcz. Przemykając od krzaka do drzewa, od budki z lodami do namiotu z kiełbaskami, jak ścigani przestępcy, ostatecznie wydostaliśmy się niezauważeni z parku.
Do naszego bloku dotarliśmy bez większych przygód, jeśli nie liczyć tego, że Ryszard nieopatrznie zamienił wodę w chłodnicy autobusu, którym jechaliśmy, w wino, co spowodowało awarię, a ja bezwiednie przywróciłem wzrok jakiemuś niewidomemu, który minął nas na chodniku ze swoim psem-przewodnikiem. To drugie o mały włos nie skończyło się tragedią, bo szalony ze szczęścia starszy człowiek wbiegł prosto na pełną samochodów ulicę, zupełnie nie patrząc.
W końcu jednak dotarliśmy szczęśliwie do mojego mieszkania. Otworzyłem drzwi, wpuściłem Ryszarda, rozejrzałem się uważnie czy na klatce schodowej nie zaczaił się jakiś akolita, zamknąłem drzwi na klucz i powiedziałem:
- Od początku, bardzo cię proszę.
Ryszard zwalił się ciężko na fotel, zaraz zerwał się na nogi, zaczerwienił, podał mi zgniecionego pilota, usiadł ostrożnie z powrotem i zaczął:
- Wszystko przez ten program w telewizji. Coś we mnie wstąpiło. Ten kaznodzieja… Zupełnie jakby mówił właśnie do mnie… Tylko do mnie… On mówił, że Bóg jest wszędzie, we wszystkim… Ja akurat śniadanie sobie robiłem, bułki z dżemem. I wtedy on, zupełnie jakby mnie widział, powiedział: “Nawet w dżemie”.
- Nawet w dżemie - powtórzyłem automatycznie z niedowierzaniem.
- Tak! I wtedy poczułem… że mam jakoś tak mokro w pantoflach. Zdjąłem skarpetki, a tam był dżem! I na moich rękach też! I wtedy w telewizorze zobaczyłem kogoś takiego jak ja, też z dżemem na dłoniach i stopach! Stalagmityka!
- Stygmatyka - poprawiłem bezwiednie.
- I chyba uwierzyłem, że wstąpił we mnie Duch Święty - zakończył Ryszard wstydliwie.
- Więc poszedłeś do mnie, natchniony, tylko dlaczego waliłeś łbem po moich drzwiach? - zapytałem.
- Nie chciałem naruszyć dowodów.
- I co potem?
- Gdy mnie wyrzuciłeś ochłonąłem trochę, wydało mi się to jakieś bez sensu, umyłem się i poszedłem do parku, żeby na spokojnie wszystko przemyśleć. W końcu doszedłem do wniosku, że chyba dałem się, jakby, eee…
- Zasugerować - zasugerowałem.
- No, ale wtedy właśnie wpadłem na kalekę na wózku, takiego bez nóg, znaczy nie zauważyłem go, zresztą niektórzy to jeżdżą jak wariaci, no i oparłem się o niego żeby się nie przewrócić i wtedy… - Ryszard przełknął ślinę i spojrzał na mnie rozpaczliwie, a w jego oczach widać było strach i obrzydzenie - wtedy stało się coś strasznego: odrosły mu nogi!
To musiał być paskudny widok, pomyślałem.
- Tłum zaczął mnie gonić, spanikowałem, przez przypadek wpadłem do stawu… Czy na staw… No i potem tak łaziłem po tym stawie i nie wiedziałem co dalej, aż spotkałem ciebie.
Zapadła cisza. Obydwaj utonęliśmy w czarnych myślach, rozważając nieprzewidywalność ludzkiego losu.
- Jeżeli mamy wybrnąć z tej sytuacji, będziemy potrzebować dżemu - powiedziałem w końcu.
- Sądzisz, że to się zużywa? - zdziwił się Ryszard.
- Może to głupio zabrzmi, ale od pięciu minut próbuję ożywić tą martwą muchę, tam, pod oknem, i nie wychodzi.
Ryszard spojrzał we wskazanym kierunku, zrobił głupią minę i mucha zerwała się nagle do lotu jak szalona. Zapewne w szoku po wyrwaniu jej z muszego nieba lub piekła, rzuciła się na pełnym gazie na lampę, odbiła, wpadła w firankę, uderzyła w ścianę, na moment siadła na stole i wtedy zabiłem ją gazetą.
- Hej! - oburzył się Ryszard.
- To nienaturalne - powiedziałem. Pomyślałem chwilę i dodałem - Miałeś więcej kontaktu z dżemem. A może też truskawkowy dłużej trzyma niż malinowy. Musimy to sprawdzić.
* * *
Po paru godzinach i wielu eksperymentach wiedzieliśmy już mniej więcej na czym stoimy. Sytuacja rysowała się kiepsko.
Przede wszystkim skończył się dżem. Próby zakupu kontrolowanego o mało co nie skończyły się linczem - o ile ja już na początku byłem postrzegany jako diabelski pomiot, tak Ryszard stał się obiektem ataku tych, którzy uznali go za fałszywego proroka. Jakoś udało nam się umknąć wykorzystując resztki mocy na klasyczny trik z pomnażaniem żywności, tworząc barykady ze wszystkiego co było pod ręką, jak worki ziemniaków i dynie, czy nawet banany i śledzie, które nie nadawały się na barykady ale za to dezorganizowały pościg w dość slapstickowy sposób. Przy okazji wyszło na jaw, że zakres sztuczek oferowany przez Dżemowego Ducha Świętego, jak go w myślach nazwałem, jest ograniczony i na przykład stary trik rycerzy Jedi oszukujący umysły (”To nie są droidy, których szukacie”) zupełnie nie zadziałał. Może potrzebny byłby inny przetwór owocowy. Tak czy inaczej okazało się, że jedna łyżka stołowa dżemu starczała na jakąś godzinę cudów, po uprzednim wtarciu w ciało, pod warunkiem, że nie był to dżem z kawałkami owoców, jak mój malinowy. Wtedy czas działania skracał się o połowę. Zresztą nie miało to większego znaczenia, bo w całym mieście nagle skończył się dżem.
To nie mógł być przypadek. To wyglądało na część większego planu i długo nie bylismy w stanie zrozumieć o co chodziło, aż wreszcie olśniło nas.
- Ryszard - powiedziałem - dwie rzeczy w całej tej historii nie dają mi spokoju. Po pierwsze: ten kaznodzieja z telewizji z kimś mi się cały czas kojarzy.
- Hmm - Ryszard zrobił minę, jakby udawał, że myśli.
- Po drugie: skąd do cholery miałeś dżem w skarpetkach?
Ryszard nic nie powiedział. Podrapał się w głowę, spojrzał tępo na frędzle na dywanie i rzucił:
- Te włosy kaznodziei to musiały być przeszczepy. Te nad czołem.
- Ciekawe jak by bez nich wyglądał - mruknąłem i wtedy już wiedzieliśmy wszystko.
Bez nich kaznodzieja wyglądałby zupełnie jak nasz dozorca z bloku, pan Kazio.
* * *
Byliśmy zmuszeni opuścić miasto. To był chyba główny cel tego misternie uknutego planu. Nasz dozorca zawsze nas nie cierpiał…
Ludzie wszędzie nas rozpoznawali. A dżemu nie dało się nigdzie zdobyć. Ktoś zablokował dostawy. Oczywiście jasne już było dla nas, kto.
To dozorca musiał zakraść się w nocy do mieszkania Ryszarda i wpuścić mu dżem w skarpetki. Przecież miał klucze do drzwi. Potem wystarczyło nadać w osiedlowej sieci kablowej ten sam program na wszystkich kanałach i poczekać, aż sami się wkopiemy. Musiał mieć też podgląd na nasze kuchnie, żeby wiedzieć, czy robimy sobie kromki z dżemem na śniadanie. Ryszard, jako ten, któremu łatwo wszystko wmówić, był łatwym celem. I pociągnął mnie za sobą.
W jaki sposób pan Kazio posiadł tajemną wiedzę na temat rzeczy nadprzyrodzonych - trudno dociec. Choć pamiętam, że chwalił się kiedyś wycieczką do Ziemi Świętej. Chyba nawet sponsorowaną przez pobliski Zakład Przetwórstwa Warzyw i Owoców…
Wszystko ma swoją cenę. Po ucieczce z miasta całkiem nieźle się urządziliśmy, przynajmniej na początku. Wykorzystując ogólną dostępność dżemu i nasze nowo nabyte zdolności, szybko dorobiliśmy się fortuny na różnych loteriach i grze na giełdzie. Chwile nieuwagi kosztowały nas jednak wiele.
Ryszard został całkowicie sparaliżowany na basenie. Nie zauważył, że ktoś kapnął mu marmoladę na slipki i prawie zabił się, gdy rąbnął głową o taflę wody po skoku z trampoliny. Ja tego samego dnia padłem ofiarą wypadku samochodowego, w którym straciłem obie nogi i władzę w rękach. Wracając taksówką do domu zauważyłem, że kończył mi się słonecznik, pomnożyłem więc jedno ziarenko stukrotnie, ale zrobiłem to tak nieudolnie, że cud zadziałał także na balona z gumy do żucia, którego akurat zrobił taksówkarz. Sto balonów pękło naraz, zalepiając mu kompletnie twarz i wjechaliśmy pod ciężarówkę. Czy to wszystko przypadek? Czy ktoś się za tymi wypadkami krył?…
Cała nasza fortuna poszła na drogie operacje i kliniki. Leżymy teraz z Ryszardem w jednym pokoju w ośrodku rehabilitacyjnym. Wspominamy stare, dobre czasy, czasem kłócimy się, zwykle jednak czas upływa w miłej atmosferze nadziei i oczekiwania.
Niestety, na śniadanie wciąż jest tylko owsianka.
Dublin 24.03.2007.







Genialne :D