Devil’s haircut.


Proszę państwa, oto Satyr. Satyr jest z zespołu Satyricon i gościł na tegorocznej Metalmanii, wzbudzając zachwyty wśród niewiast i młodzieńców swoim nowym image’m. Muzyką także, bo ostatni album Satyricona – “Now, Diabolical” – to niezwykła hybryda black metalu i rocka, coś, co może pomóc przebić się tej muzyce do mainstreamu i wykreować może w przyszłości z Satyra prawdziwą gwiazdę, grającą na wielkich stadionach dla dziesiątek tysięcy ludzi. Tak przynajmniej być powinno, bo Sigurd Wongraven (tak naprawdę się nazywa nasz bohater) ma wszelkie zadatki na gwiazdę – prezencja, kontakt z publicznością i zdrowe podejscie do rzeczywistości, dzięki czemu uniknął w młodości przygód jakie stały się udziałem jego kolegów z podwórka. Varg Vickernes siedzi, Euronymus nie żyje, a Satyr nagrywa piosenki.

Poza odkryciem żelu do włosów dla black metalu tegoroczna Metalmania w ogóle przypadła mi do gustu. Overkill zagrał świetny koncert – brzmienie, wykonanie, dobór materiału, wszystko bez zarzutu. Do tego wokalista Bobby Ellsworth najwyraźniej przygotowywuje się do startu na igrzyskach w Pekinie w dyscyplinie “atak zza węgła”, bo co drugi kawałek znikał na chwilę ze sceny i przyczajał się, by sekundę przed rozpoczęciem partii wokalnych w dzikim pędzie wbiec z powrotem i dopaść mikrofonu w ostatniej chwili. Szacun.

Overkill i Satyricon to dla mnie najjaśniejsze punkty Metalmanii 2008. Podobno dobrze wypadł Immolation, ale tylko na 2 kawałki się załapałem. Na Artillery byłem na obiedzie, ale chyba też źle nie było sądząc po reakcjach ludzi. Marduk smędził i nudził, a wokalista co prawda oblał się ładnie krwią ale jednocześnie nadepnął sobie na kabel z mikrofonu i wtyczka wyleciała, więc cały mistyczny nastrój stworzony krwią został zniszczony gdy gmerał po podłodze szukając kabelka. Flotsam & Jetsam zagrali OK, tak przaśnie i redneckowo.

Kontrowersje wzbudził Dillinger Escape Plan, na którego z zaciekawieniem czekałem. Po pierwsze głupim pomysłem było wciśnięcie ich pomiędzy Overkilla a Megadeth, po drugie po kilku godzinach hałasu DEP to po prostu była przesada – od nieprzyjemnych świateł bolały mnie oczy a od monotonnych wrzasków wokalisty uszy. Megadeth, główna gwiazda, był niestety jeszcze głośniejszy, szczególnie gitara Dave’a Mustaine’a zagłuszała wszystko co żyje. Talerzy brak, bas ledwo ledwo, wokale kompletnie w tle – hej, czy akustyk jeszcze żyje? Dzwońcie po pogotowie!

Ogólnie najlepsza Metalmania, na jakiej byłem. Zero obsuw czasowych, wszystkie gwiazdy przyjechały, bardzo dobra organizacja i w większości dobre nagłośnienie, mimo wszystko. Wyszedłem podbudowany – thrash po 15 latach w końcu się odrodził!

Czym Dziuba z MMP, organizator imprezy, przebije sam siebie za rok? Sprowadzi Michaela Jacksona? Zobaczymy. Będzie ciężko.

~ przez Kub w dniu marzec 16, 2008.

Odpowiedzi: 3 to “Devil’s haircut.”

  1. ciekawe, czytam różne recenzję z tej metalmanii jedni zachwyceni, inni, że syf – może tak powinno być, może takie rozbieżności świadczą o jakości festiwalu?

  2. Satyricon jest genialny. Nowe produkcje średnio mi podchodzą, ale “Nemesis Divina” i “Shadowthrone” to czysty KVLT! :)

  3. brocha – może to kwestia różnych oczekiwań. Młodsze pokolenie mogło poczuć się tym razem niedopieszczone przez organizatorów, bo duża część kapel to jednak weterani.

    Crusly – ja tam wolę te bardziej rockowe propozycje. Hity, mój drogi, hity to podstawa! :)

Napisz odpowiedź