Fenomen Sparks.
Jestem jedynym fanem Sparks w Polsce. A przynajmniej innego jeszcze nie spotkałem. Moja fascynacja zwykle spotyka się z niezrozumieniem. Ponieważ nie zawsze potrafię się w towarzystwie wytłumaczyć z jej źródeł, postanowiłem ją pokrótce przeanalizować i dotrzeć do sedna. Pożytek z tego procesu może być taki, że zachęcę opornych do bliższego zaznajomienia się z fenomenem braci Mael. Lub zniechęcę do siebie.
Sparks istnieją już od 1970 roku, wydali 20 płyt i mieli wpływ na całą masę przeróżnych artystów – od Queen przez Depeche Mode i Faith No More do Franza Ferdinanda. Najstarsi mogą pamiętać ich przebój z lat 70-tych “This Town Ain’t Big Enough For Both Of Us”. Fani muzyki z lat 80-tych mogą kojarzyć płytę, którą nagrali z Giorgio Moroderem – “No 1 In Heaven” – definiującą electro pop na całą dekadę. Pokolenie wyrosłe na MTV lat 90-tych powinno znać przebój “When Do I Get To Sing My Way”. Tyle tytułem naprowadzania.
Muzyka Sparks ewoluowała od gitarowego rocka przez elektroniczny pop i dance do niezwykłej hybrydy muzyki orkiestrowej z popem i rockiem na ostatnich płytach. Tworzący zespół bracia Ron i Russel Mael potrafią zrobić piosenkę w dowolnej konwencji gatunkowej, zachowując jednocześnie swój wyrazisty styl. Kompozycje są zawsze najwyższej jakości, co czasem może niewprawnemu słuchaczowi umknąć – niektóre mogą nawet wydawać się banalne, ale często jest to zamierzony efekt, mający współgrać z będącym integralną częścią utworu tekstem. Teksty natomiast mogą opisywać każdy możliwy, czasem kontrowersyjny, temat. Naprawdę każdy. Starszy pan podrywający nieletnie? Jest. Szecherezada? Jest. Historia człowieka, który chce mieć śmieszną twarz? Oczywiście. Myszka Miki? Jak najbardziej. Organista z katedry Notre Dame bałamucący swoją grą turystki? Czemu nie.
I tutaj może leżeć problem w otwarciu się na braci Mael – ich ironiczne poczucie humoru, niedorzeczne i szalone historyjki podane oczywiście bez żadnego mrugania okiem do publiczności. No bo jak tu brać ich na poważnie, skoro każda piosenka to najwyraźniej jakaś zgrywa. Można zapytać za Frankiem Zappą: “Does humor belong in music?”.
Q: What is the process behind creating a Sparks album?
Russel Mael: Sit in a room all alone with your brother for two years and pray to God that something worthwhile happens.
Nie jestem wielkim fanem zespołów komicznych. W muzyce szukam przede wszystkim rezonansu emocjonalnego, jakiejś prawdy, uczucia – dlaczego więc Sparks? Dlaczego ta, zabawna na pierwszy rzut ucha, muzyka dociera do głębi mojego jestestwa, że zacytuję Tytusa de Zoo?
Wezmę na warsztat przykładową piosenkę i spróbuję wykazać złożoność i specyfikę podejścia braci Mael do tematu. Na przykład “I Married Myself” z płyty “Lil’ Beethoven”. Koncept jest prosty – piosenka opowiada o tym, jakie szczęśliwe życie prowadzi teraz podmiot liryczny, po ślubie z samym sobą. Rozbijmy to na trzy kolejne warstwy:
1. Literalnie rozumiana prosta historyjka – jestem szczęśliwy, mam siebie.
2. Chwytamy żart – “long walks on the beach, candlelight dinners home, lovely times”, do tego jeszcze “I’m very happy together” – wyobraźnia podsuwa absurdalne i zabawne sceny.
3. Muzyka jednak nie jest zbyt wesoła i w końcu linijka “This time it’s gonna last forever, forever, forever” daje do zrozumienia, że ten z pozoru żartobliwy tekst jest dosadnym opisem samotności spowodowanej przed rozpad jakiegoś poprzedniego związku i braku nadziei na szczęście w przyszłości.
Nic nie stoi na przeszkodzie, by zatrzymać się na etapie drugim.
Inny przykład, “Perfume” z ostatniej płyty. Narrator wymienia imiona swoich byłych kobiet i nazwy perfum, których używały, deklaruje, że chce być z pewną kobietą, bo w ogóle nie używa ona perfum. Nie chodzi jednak o miłą odmianę czy żart lecz o próbę ucieczki przed przeszłością. I mógłbym tak długo mnożyć przykłady.
Jest też pewna ilość piosenek jawnie kpiarskich, ale w ostatnich latach ciężar gatunkowy twórczości Sparks zdecydowanie wzrósł. Prawdopodobnie to drugie dno tekstów Sparks, w połączeniu z genialną i wyznaczającą trendy muzyką sprawiło, że gotów jestem nieść kaganek oświaty wszędzie tam, gdzie nie znają Rona i Russela.
I w sumie byłoby też miło, gdyby okazało się, że nie jestem jednak jedynym fanem Sparks w Polsce.
Q: What is your definition of art?
Russel Mael: Never having to say you’re sorry.








Już, już miałem wrzucić komentarz pełen oburzenia… ale przypomniało mi się, że przecież ja już nie mieszkam w Polsce. Niosę kaganek sparksologii w Amsterdamie ;P
Nie znam tego zespołu. Shame on me!
Ba! Słycham ich od zawsze… I sa coraz lepsi!
Pozdrawiam.
Ach! Już nie czuję się taki samotny :)
po tak genialnej rozprawce nie pozostanie mi nic innego, jak kiedyś przesłuchać WSZYSTKIE ich płyty!
właśnie tego się obawiałem… :)
Odkryłam Sparks dla siebie całkiem niedawno, ale cóż to było za odkrycie! :) Profesjonaliści w każdym calu. Pozdrawiam serdecznie.
Gratuluję odkrycia – a już na dniach nowy album, “The Seduction Of Ingmar Bergman”, pierwszy musical w historii Sparks! Pouczająca historia próby wchłonięcia Ingmara przez Holywood. Po pierwszych paru przesłuchaniach jestem zachwycony.