Jahwe - mizogin, homofob i rasista.
Zawsze mam kłopot z czytaniem Dawkinsa. Rzeczy, które pisze, są dla mnie na tyle oczywiste i zgodne z moimi własnymi odczuciami, że nie mam imperatywu do czytania. To w końcu taka mentalna masturbacja - czytać o wizji widzenia świata niemal tożsamej z własną.
Drugim powodem, przez który dotarłem tylko do połowy “God Delusion”, jest narastająca podczas lektury irytacja, że racjonalne i oczywiste poglądy autora są przez większość populacji traktowane jako coś skrajnego czy wręcz obraźliwego. Tak jak tytuł tego postu, który jest cytatem z “Boga urojonego”, może wywołać w pewnych kręgach oburzenie, a przecież jest tylko wyciągnięciem logicznych wniosków z lektury Starego Testamentu.
Trzecim powodem mojegu utknięcia w połowie książki jest smutny fakt, że zostawiłem ją przy przeprowadzce i jeszcze nie odzyskałem…
Kwestia obrazy uczuć religijnych jest dla mnie niezwykle drażniąca - naprawdę, dlaczego ja mam ponosić odpowiedzialność za czyjeś rojenia i zwidy? Dlaczego mam stąpać na palcach żeby nie urazić osób, których średniowieczne poglądy obrażają zdrowy rozsądek? Kto dał im prawo do decydowania co jest moralne a co nie, co można powiedzieć a co nie, jaki symbol jest chroniony a jaki nie? Niech zachowają swoje zasady dla własnych wyznawców.
Dlaczego zresztą chcą mnie karać w tym świecie? Przecież zgodnie z ich doktryną ja i tak będę się przez całą wieczność smażył w piekle, więc powinni być usatysfakcjonowani tą formą znęcania się niejakiego Jahwe nade mną. Nie wystarczy?
Ale może nie będzie źle. W jednym kotle z Gandhim, Buddą i Catem Stevensem.
I Trubadurami.







Wizja trubadurów w kotle jest kusząca :)
Dorzuć jeszcze Tercet Egzotyczny :)
“(…) których średniowieczne poglądy obrażają zdrowy rozsądek” - dla mnie bardziej nierozsądne jest myślenie, że świat powstał przez Big Bang.
“będę się przez całą wieczność smażył w piekle” - piekło nie jest miejscem, tylko stanem, a to wyklucza smażenie się.
Wiem, że brzmi to dla ciebie jak bajka, ale czasem warto pomyśleć o tych sprawach w sposób, który nie będzie na wstępie przesądzał o tym, że wiara w Boga jest “zła”.
Hmm, stworzenie świata w sześć dni przez Dobrego Pana Bucka jest bardziej rozsądne? A co z Zeusem? Ze Świętopełkiem? Traktowanie mitów jako prawdy nie jest rozsądne, tylko dziecinne.
Wiem, że KK zmienia interpretację Biblii co jakiś czas w celach marketingowych i użyłem kotła jako figury retorycznej.
Konsekwencje wiary w wymysły jakie są - każdy widzi. Wystarczy dziennik włączyć lub książkę historyczną poczytać. “To make a good man do evil things - it takes religion”, że zacytuję z Rysia.
Możesz mi podać przynajmniej jeden przykład zmiany interpretacji Biblii? Nie twierdzę, że czegoś takiego nie ma, ale z racji młodego wieku czegoś takiego nie pamiętam.
Na mój “zdrowy rozsądek” nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Boga miałoby nie być, bo nie potrafię wytłumaczyć niezliczonych ilości wysłuchanych modlitw, cudów i darów, które w jakiś sposób ktoś dostaje z dnia na dzień.
Heh? Wysłuchane modlitwy? Cuda?? Dary??? Masz jakieś dowody? Czy tylko chodzi o to, że po wizycie Naszego Kremówkowego Karola choroba cofnęła się sama z siebie u takiego samego procenta wiernych, jaki statystycznie zdrowieje i bez tych wizyt, co oczywiście uznano za cud?
Co do zmiany interpretacji - odsyłam do fachowca w te klocki, czyli samego Jezusa, przykład pierwszy z brzegu: http://jezus.ownlog.com/1114414,link.html
Jest całe mnóstwo cudów, nawet czasem nagłaśnianych przez media, jednym z nich ten: http://pl.wikipedia.org/wiki/Cud_eucharystyczny#Cud_eucharystyczny_w_Lanciano, wiem, że wikipedia nie jest dobrym źródłem, ale tak było najprościej, a i tak pewnie na razie więcej nie potrzebujesz.
Jeżeli chodzi o wysłuchane modlitwy to są to moje własne spostrzeżenia, a naprawdę jest ich wiele.
O darach wiem z przekazu ustnego innych ludzi.
Co do postu podanego w linku to najpierw trochę wyjaśnienia: wcześniej napisałem, że piekło jest stanem, a nie miejscem, chodzi tu o to, że wg tego, w co ja wierzę, osoba nie zasługująca na niebo znajduje się w stanie świadomości o istnieniu Boga, jego potędze i dobru, ale ze względu na swoje grzechy (barierę między niebem a piekłem) nie jest w stanie być w jedności z Panem (wyobraź sobie, że znalazłeś skarb, ale jest za szybką i nie możesz go sobie wziąć, tylko że tamto uczucie jest niezliczenie razy gorsze). A “otchłań” można powiedzieć, że jest częścią piekła, bo osoby znajdujące się w niej są w podobnej sytuacji, ale jednak mają nadzieję na zbawienie)
Teraz wyobraź sobie, że są dwa toki myślenia: Stary i Nowy Testament. W tym pierwszym ludzie, jeżeli byli tego godni, to po śmierci znajdowali się w takiej “otchłani” i oczekiwali na Zbawiciela, w tym drugim osoby ochrzczone i wolne od grzechów śmiertelnych dostępują Zbawienia. Z dziećmi nieochrzczonymi wiąże się swego rodzaju zagadka teologiczna: z jednej strony mogą znaleźć się w “otchłani” i czekać na zbawienie, z drugiej są niewinne i mogą znaleźć się “bezpośrednio” w niebie. A Kościół nie może zdecydować się jak w tym przypadku jest, pytanie tylko, czy musi się nad tym zastanawiać, przecież jest coś takiego jak transcendentność wiary, a poza tym sprawą Watykanu jest zajmowanie się problemami ludzi na ziemi, a nie tym, kto jest w Raju, a kogo tam nie ma.
Rybomar: Nie obraź się, ale dyskusja z fundamentalistami na tematy religijne nie ma sensu. Nie mamy wspólnej płaszczyzny. Jak ja mogę się odnosić do takich rzeczy poważnie? Możemy sobie o mitologii dyskutować, ale jak będziesz mi pisał, że Minotaur istniał naprawdę a pod każdym grzybkiem da się znaleźć krasnoludka, to do niczego nie dojdziemy. Pomyśl, proszę, choć przez minutkę, skąd się biorą “wysłuchane modlitwy”, jaka jest geneza “cudów”, skąd się w ogóle wzięła religia, w jakim celu została przez ludzi wymyślona. Zamiast myśleć, powtarzasz za swoimi szamanami te bajeczki dla niegrzecznych dzieci.
A co do problemów Kościoła z dostosowywaniem metod indoktrynacji do obecnego stanu wiedzy - tak naprawdę wewnętrzne problemy sekt jakoś nie bardzo mnie obchodzą.
Jest jeszcze jedna możliwość - że nie piszesz tego na poważnie tylko mnie podpuszczasz.
Nie podpuszczam. Ja naprawdę w to wierzę.
Według mnie taka rozmowa ma sens, bo ty uważasz, że coś jest “be”, a ja, że “cacy” - ze względu na te różnice trzeba prowadzić dialog, który zawsze coś zmieni, bo nakłoni do przemyśleń. Tak samo ty chcesz mi coś przekazać, ja się nad tym zastanawiam, zaczynam myśleć, dlaczego ateista tak myśli, a ty zaczynasz myśleć, dlaczego tak myśli wierzący. Chrześcijaństwo m.in. dlatego mnie tak fascynuje, że jeszcze nie spotkałem się z pytaniem, na które nie dałoby się odpowiedzieć przy pomocy Pisma Świętego. Może ty znajdziesz je pierwszy?
Tak w ogóle to bardzo przyjemnie się z tobą dyskutuje, jako z ateistą, nadal zachowujesz zdrowy rozsądek, zamiast atakować (wielu tak robi, wielu zablokowałoby mnie w komentarzach).
Miłego dnia życzę!
“Chrześcijaństwo m.in. dlatego mnie tak fascynuje, że jeszcze nie spotkałem się z pytaniem, na które nie dałoby się odpowiedzieć przy pomocy Pisma Świętego. Może ty znajdziesz je pierwszy?”
A Zakład Pascala? Istnieje 100 teorii potwierdzających i 100 teorii negujących. Odpowiedzi, tak naprawdę, nie ma - bo być nie może. Wierzący ma ułatwioną sprawę o tyle, że nie musi szukać odpowiedzi - wiara bowiem sama w sobie jest odpowiedzią (jedna z częstych maksym) - ateista zaś, pozbawiony zwierzchnika i ochrony “z góry”, musi szukać, musi sam wyjaśniać siebie i swój sens.